Chelsea.pl - polski serwis Chelsea FC


  • 1 |
  • 2 |
  • 3 |
poprzedni Stop Następny
2016-12-28 14:35:30 | Starkiller
8 komentarzy


  Bournemouth 3:0 (D)
26.12.2016r. godz. 16:00


 

Następny mecz:
 
Stoke City (D)
31.12.2016r. godz.16:00


 

brak ankiet

Opowieść o steku, który nie potrafił śpiewać

Tylko raz w życiu czułem się jakbym potrzebował psychiatry. Patrzyłem na Yuri Zhirkova, ale jedyne co mogłem zobaczyć to stek z antrykotu. Perfekcyjnie ugrillowany, soczysty, średnio-wysmażony. Patrzyłem mu w oczy i nieoczekiwanie złapał mnie głód. Co nie jest niczym nowym, po prawdzie. Mięso, ryby, czerwone wino, Coca Cola, salami, mortadella, rzymski ser, gorgonzola, fish and chips, tort, poobiadowy drink, spaghetti, bowtie, pesto, sos bolognese, żeberka, duszona cielęcina, antipasto, przystawki, entrée, deser, oraz nawet - tym razem, w kulcie do nouvelle cuisine w północnych Włoszech - miałem espresso zrobione z ziaren kawy rosnących na stosach kompostu, rosnących na własnych farmerskich nawozach, z tego co wiem. Innymi słowy: pożerałem wszystko co tylko można sobie wyobrazić w moim życiu, ale nigdy nie zaatakował mnie głod wywołany przez piłkarza. Wszystko takie samo, tylko wtedy, to co siedziało w mojej głowie; wyrobiłem dziwny, nowy apetyt. To może mieć coś wspólnego z widelcem, który leciał prosto w jego twarz, podążający trajektorią, która, muszę powiedzieć, miała pewną elegancję. Rzucony z nieznanej ręki, z czystym zamiarem. Balistycznie rzecz ujmując, był to perfekcyjny, przecinający cicho powietrze, bardzo dobrze znany obiekt latający. Nie było talerza, a noże i łyżki gdzieś wsiąknęły, ale była restauracja, tak jak i goście: my, Chelsea Football Club. Byłem tam ja, menadżer z małą tendencją do ekspansji własnej talii. Byli też zawodnicy, głodni zwycięstwa. Był i on, rosyjski pomocnik z zastępem talentów i tylko jednym niedociągnięciem: nie potrafił śpiewać. On robi po prostu dużo hałasu.

Ale teraz musiał zaśpiewać. To był jego moment. Jeśli chcesz dołączyć do zespołu, nie wystarczy tylko podpisać kontrakt. Jest jeszcze jedna przeszkoda, a przy tym najtrudniejsza, gdzie nie istnieje słowo współczucie, a litość nie jest znana. Piłkarz musi przejść przez wieczór karaoke, święty rytuał, i w tym przypadku miał miejsce w hotelu w Los Angeles podczas naszej podróży latem 2009 w Stanach Zjednoczonych. Była to moja pierwsza wizyta tam od czasu odejścia z A.C. Milan. Hollywood było kamieniem rzucić, a Yuri był na scenie - starałem się ustalić, czy oglądałem komedię czy horror. Raczej straszny film niż komedię, oceniając po dreszczach przebiegających po moim kręgosłupie. Dla graczy wchodzących z młodej drużyny wymogiem jest tańczenie przed ich nowymi kolegami z zespołu, przed całym składem, pełną publicznością. Piłkarze lub nowi członkowie sztabu, którzy przychodzą z innego klubu mają po prostu wybrać piosenkę i ją wyśpiewać. Bez akompaniamentu muzycznego, bez żadnego rodzaju pomocy, istna tortura. Ja, na przykład, wziąłem włoską piosenkę folkową, w dialekcie, taką jaką zawsze lubiłem: La societa dei Magnaccioni autorstwa Lando Fioriniego. Usłyszelibyście ją na małych miejscowych imprezach, gdzie wszyscy są pijani. Dla tych z czytelników, którzy nie znają tej piosenki, proponowałbym posłuchanie Eltona Johna i później wyobrażenie sobie zupełnego przeciwieństwa. Poszło mi całkiem nieźle, żaden z piłkarzy mnie nie wygwizdał. Może dlatego, że wiedzieli, iż jestem w stanie posadzić ich na ławce na cały sezon... Nie, naprawdę, wszyscy wiwatowali, kiedy skończyłem, a po prawdzie ktoś ściągnął obrus i zaczął nim wymachiwać tam i z powrotem, jak banerem. Wszyscy ulegli mojej brawurze.

Nie tak poszło Zhirkovowi, który został przedstawiony publiczności przez jednego z naszych masażystów: "Panie i panowie, proszę o ciszę. Mam zaszczyt przedstawić państwu dziś wieczorem artystę, który przybył do nas ze Wschodu, jest tutaj dziś wieczorem tylko dla nas, proszę nastawić uszy i później będziecie mogli ocenić." Chichot w tyle nie zapowiadał niczego dobrego. Z Rosji,z furią... ofiara był poprowadzona w kierunku szubienicy, i nawet teraz widzę w oczach Johna Terry'ego i Franka Lamparda ten potworny dramat, który wyłonił się na horyzoncie. Oni już się śmiali nawet przed otwarciem przez niego ust. Ivanović mu kibicował - "Dawaj, Yuri!" - ale był to rodzaj zachęty, kiedy ktoś wspomaga cię, zdając sobie sprawę z nadchodzącej porażki. Jego koledzy z drużyny dręczyli go całe dnie, mówiąc mu, że musi trenować do tego momentu jak gdyby było to finał Ligi Mistrzów, jak gdyby jego przyszłość w Chelsea zależała od tego występu tej nocy. To nie był żart, praktycznie święty obrzęd przejścia. Wyglądał na tak podenerwowanego jak ja kiedy mam przejść drzwiami trattorii, a fakt, że jest zasadniczo nieśmiały z pewnością nie pomagał. Ustał na stołku i zaczął. Mój. Boże. Nigdy nie słyszałem niczego tak okropnego. To była katastrofa, nie zaśpiewał czysto jednej nuty, jednej nuty. Kawałki chleba latały w przeciągu sekund, a za nimi podążały całe owoce - było na nim więcej jedzenia niż wcześniej na stole. I właśnie wtedy go polubiłem. Z wpatrującymi się oczami kontyunował śpiew niczym tonący kot, świniak przeżywający najgorsze męki, przez niemal dwie dobre minuty. Przekręcone słowa, depresyjnie smutna melodia: mój stary prezydent z A.C. Milan, Silvio Berlusconi, podsumowałby to słowami: "Oczywiście, typowy komunista." W zamian, cała Chelsea F.C. zrobiła coś znacznie gorszego: pozwolili mu dokończyć piosenkę. Odmówili zlitować się nad nim, odmówili przerwać tę mrożącą krew w żyłach kakofonię, odmówili pozwolić mu wrócić na swojej miejsce w hańbie, pójść do łóżka bez dokończenia kolacji. I to ostatni wers był tym, który go już całkowicie pogrążył, ponieważ kiedy doszedł do punktu, w którym jego koledzy z drużyny nie mogli znieść więcej, ktoś w końcu rzucił tym błogosławionym widelcem.

Gapiłem się na niego, zawieszonego w powietrzu, na swój sposób był zgrabny. Obracał się jak leciał, przeciwstawiając się prawom grawitacji, jak precyzjnie wymierzona rakieta. Bardzo mała bomba, bomba z nienagannym słuchem. Kiedy tylko osiągnął koniec swojej trajektorii, zwolnił i zmienił kierunek. Widelec także był zawstydzony. W pewnym momencie, przyszła do mnie wizja. Jeśli chodzi o jedzenie i sztućce, mój mózg jest jednokierunkową ulicą, prowadzącą do mojego żołądka. Skojarzenie jakie mi się nasunęło było momentalne: widelec = stek. Uśmiechnąłem się, byłem najszczęśliwszą osobą w pomieszczeniu. Z pewnością bardziej szczęśliwszą niż Yuri, który był teraz uwiązany jak zakładnik do swojego podludzkiego jodłowania. Čech chciał włożyć na głowę swój hełm, aby chronić uszy. Malouda zachowywał się najdzikszej, gwizdając i wyjąc oraz stąpając na piętach jakby był opętany przez diabła. To był dom wariatów. Rozglądałem się za czerwonych nochalem, ale nie mogłem znaleźć - żadnych klaunów, chłopcy, nie dzisiaj. Zhirkov wciąż nie pozbierał się w pełni z z traumy jaką przeżył. Ale dzięki takim ludziom jak on, i ja, jak wszyscy inni, i jak Bruno Demichelis (który jest psychologiem z prawdziwego zdarzenia i wyrafinowanym tenorem i który zaśpiewał Nessun Dorma tego niezapomnianego wieczoru), staliśmy się zespołem, który zapisał się na kartach historri angielskiej piłki dzięki wygraniu Dubletu, Premier League oraz FA Cup - nie można zapomnieć o Tarczy Wspólnoty na początku sezonu przeciwko Manchesterowi United. Przez długi czas myślałem o tym jak o moim ulubionym trofeum, może dlatego, że kształtem przypominał talerz. I na takim talerzu można postawić co tylko się chce: pasję, odkrycie świata, o którym wcześniej nic nie wiedziałem. Londyn, Anglia, Chelsea, Abramovich, Stamford Bridge, the Blues, Królowa. Kolejny krok w moim życiu, kolejny tytuł w tej niezwykłej mozaice, tej wspaniałej przygodzie. Zaczęło się od tego ohydztwa zaśpiewanego przez Yurija a zakończyło na Volare, tym nadzwyczajnym poemacie muzyki, który zaśpiewałem wspólnie z moim zespołem przed tysiącami ludzi, którzy najechali Fulham Road, stojąc na szczycie dwupiętrowego autobusu, dzień po tym jak wygraliśmy finał FA Cup na Wembley przeciwko Portsmouth. Narożnik miasta stał się naszym własnym ogromnym wszechświatem. Nietykalnym, nieśmiertelnym.

Wszystko było fajne, nawet jeśli na początku było ciężko. Nie mówiłem po angielsku zbyt dobrze, więc klub wysłał mnie na intensywny kurs odbywający się w Holandii (w sekrecie; w tym samym czasie wysłali wszystkich swoich trenerów na naukę włoskiego - nie wiem, czy był to gest szacunku, czy wiedzieli, że będę do niczego). Jednym z powodów, dla którego wpasowałem się w szatnię, była fundamentalna rola odgrywana przez Ray'a Wilkinsa, moją drugą rękę i mojego przyjaciela, ponieważ jedną rzeczą jest tłumaczyć słowa - wielu ludzi to potrafi - ale tłumaczyć emocje to dar, którzy posiadają nieliczni. Ray do nich należy, zawsze obecny, wielkoduszy, płynie w nim niebieska krew, ma Chelsea w swoich żyłach. Jego serce bije w dwóch językach, i to mi pomogło. Bez niego, nie wygralibyśmy niczego, a w szczególności nie rozpoczęlibyśmy sezonu na ponaddźwiękowej szybkości. Pierwszy mecz i pierwsze trofeum; Tarcza Wspólnoty przeciwko Manchesterowi United, i pokonaliśmy ich w konkursie rzutów karnych: Ancelotti 1, Sir Alex 0. Nigdy wcześniej nie byłem na Wembley i to było poruszające przeżycie - może byłem bardziej ciekawski niż poruszony, ale wciąż wiedziałem jak to się skończy. Trenowaliśmy zbyt ciężko i zbyt dobrze, by przegrać, nie miałem absolutnie żadnych intencji, by skompromitować się przed moimi nowymi zawodnikami, a oni nie mieli intencji, by dać słaby występ przed nowym trenerem z Włoch. Powiedziałem im w szatni: "Jesteśmy grupą piłkarzy pierwszej jakości, ale jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy. Musimy atakować, narzucić nasz styl gry, być rozpoznawalnym z tego co robimy. Dzisiaj się wiele nauczę." Jedna rzecz, w każdym razie, stała się dla mnie jasna w poprzednich tygodniach: John Terry jest kapitanem wszystkich kapitanów, urodził się z opaską na ramieniu. Nawet bez niej, to tak jakby ją miał, i tak powinno być. Jest inny niż wszyscy, Chelsea to jego dom, zawsze był, nawet kiedy grał w składzie młodzików. Jedno słowo od niego, i cała szatnia wstrzymuje oddech. Jest pierwszym, który siada do posiłków i pierwszym które staje od stołu. Jest pierwszy w całkowitym tego słowa znaczeniu. Bycie częścią tego klubu jest jego misją, tak został stworzony. Zwraca wielką uwagę na występy najmłodszych graczy w młodej drużynie, śledzi wszystko, zna wszystkie wyniki, niczego nie przegapi (choć często przegrywa w ping-ponga w jadalni - a kiedy tak się dzieje, lepiej uważać). Pracuje dwa razy ciężej niż ktokolwiek inny, poczuwa się do odpowiedzialności jak ktoś kto kieruje wielką firmą, ludźmi, filozofia zwycięstwa ponad wszystko. Nie ma miejsca na drugie miejsce; może być tylko miejsce dla nas.

Dla nas - i ostatecznie otrzymaliśmy swoją nagrodę. Wspinanie się po schodach prowadzących z murawy boiska do podwieszenia było czymś co widziałem jedynie w telewizji. Zawsze byłem ciekawy co ludzie myślą w tym momencie. Szybko się dowiedziałem: "Muszę schnudnąć." Jezu, tak, muszę schudnąć. Czułem się jakbym wspinał się na Everest. Fukałem i pufałem, bez formy, nie mogłem złapać wystarczająco dużo powietrza. Kiedy jednak dotarłem na szczyt, zrozumiałem: to było jak wzlot do nieba. Które ma taki sam kolor jak nasze koszulki, a to nie może być zbieżność. Kiedy tylko wepchnęli trofeum - albo raczej powinienem powiedzieć, talerz - w moje ręce, dźwignąłem je z ogromną dumą. Bezcenne, unikatowe i niezwykle lekkie. Magiczne sekundy. A potem niedostrzegalne poczucie dyskomfortu; ale zawsze się tak dzieje, kiedy widzę pusty talerz.

Źródło : własne

07.06.2011 | 11:42 | Ex
2 komentarzy
Szukaj według tagów:
ancelotti, Ordinary Genius, ,

Aby dodać komentarz musisz się zalogować !

Dodał: italiana
2011-06-08 17:25:09

A czy można w ogóle gdzieś dostać w tłumaczeniu na polski?

Dodał: tomekejnoochels
2011-06-08 00:05:48

Dobry tekst. Szczególnie wyraźnie określił postać JT. Szkoda, że tę książkę jest strasznie trudno dostać.