Niebieski punkt widzenia: Zatracony w nienawiści Wenger
Niedzielna potyczka z Arsenalem będzie wyjątkowa. I bynajmniej nie chodzi tutaj o fakt, iż jest to finał Carling Cup, czyli czwartego co to wartości pucharu w Anglii, ale ze względu na naszego oponenta: Kanonierów i ich zgryźliwego menadżera Arsène'a Wengera.
W jednej z moich ulubionych książek o Chelsea, „The Special Ones”, Arsenal zgromadził najwięcej głosów w kategorii „Najbardziej znienawidzony rywal”. Więcej nawet niż T*ttenh*m, Manchester United czy Leeds. Powód tego bierze się zapewne z faktu, że to właśnie z Arsenalem walczyliśmy ostatnio najciężej, są zespołem, który zepchnęliśmy z mistrzowskiego piedestału, a także (może przede wszystkim) menadżer tego klubu z północnego Londynu ma swoisty kompleks Chelsea i się nawet tego nie wstydzi, wręcz brnie dalej.
Szkoda, że José Mourinho przeprosił swego czasu za zdanie: „Myślę, że on jest jednym z tych podglądaczy. Lubi patrzeć na innych. Są tacy goście, którzy kiedy ty jesteś w domu, mają duże teleskopy, żeby patrzeć co się dzieje w innych rodzinach. On ciągle mówi i mówi i mówi o Chelsea”. Ta krótka charakterystyka menadżera Arsenalu wcale się nie zmieniła, coraz dobitniej do niego przylega. José, jak zwykle miałeś rację!
Tydzień temu, po tym jak Peter Kenyonogłosił nasze 80-milionowe straty w 2006 roku, Arsène Wenger znowu zaczął wsadzać nos w nie swoje sprawy, mówiąc, że tak być nie powinno (lub coś w tym rodzaju, ponowne tłumaczenie na polski tych wypowiedzi to strata czasu) i że prawo powinno zostać zmienione. Wengerowska utopia powoli podchodzi pod tą z książek Sir Thomasa More oraz panów Karla Marksa oraz Friedricha Engelsa, może niedługo i jego słowa będą cytowane w szkołach? Wenger ma problem z faktem, iż finansową potęgę Chelsea FC tworzy jedna osoba Romana Abramovicha, który dysponuje niemal nieograniczonymi środkami finansowymi na sponsorowanie piłkarskiej drużyny. Z przyjemnością przeczytałem ostatnio w „The Times”, „The Independent” oraz w „The Guardian” (wysoce poważane brytyjskie gazety), że działacze Arsenalu wzorem tych z Liverpoolu oraz Manchesteru, są bliscy finalizacji przekazania władzy w ręce kolejnych amerykańskich przedsiębiorców. Osobiście nic do tego nie mam, wszak nasz prezes Bruce Buck pochodzi z Nowego Jorku, cieszy mnie, że jeden temat wypowiedzi Wengera się skończy.
Przed meczem Kanonierów z PSV pojawił się kolejny temat do dyskusji, tym razem kwestia naszej współpracy z holenderskich klubem. Problemem pana Arsène'a W. był brazylijski obrońca Alex, który de facto jest własnością Chelsea, ale wobec problemów z otrzymaniem pozwolenia na pracę na Wyspach, został wypożyczony (niemal permanentnie) do ekipy z Eindhoven. Wenger zażądał sprecyzowania warunków umowy między Chelsea a Holendrami. Dziwne, że w naszej głowie nigdy nie zrodziła by się idea sprecyzowania warunków współpracy Arsenalu z belgijskim Standardem Liège. Chyba to wcale nie dziwne, ale normalne.
Zgorzkniały Wenger nadal chyba nie może odnaleźć się w rzeczywistości, w której jego zespół nie jest już potentatem ligi, niepokonanym od iluś tam meczów, którego każdy się boi oraz podziwia. Awans do finału Ligi Mistrzów jest bardziej traktowany w kategorii „Grecja na ME 2004” aniżeli progresji formy całej drużyny. Awans do finału Carling Cup to tylko i wyłącznie efekt możliwości gry dla piłkarzy rezerwowych, którzy nie są tak zmęczeni sezonem, jak rywalem często grający na kilku frontach. I żaden to dla nas rewanż za FA Cup 2002, bowiem rywal to Arsenal II. Z pierwszego zespołu Kanonierów w Cardiff pojawi się tylko Arsène Wenger. Szkoda, ponieważ nasze zwycięstwo, pomimo iż odniesione nad tak nienawidzącym nas Francuzem, w żaden sposób prestiżowe nie będzie. Czy teraz Sepp Blatter nazwie Arsenal „wrogiem futbolu”, który zabija rywalizacje poprzez lekceważenie jej? Ale to już pytanie z zupełnie innej bajki ;-)