John Terry, JT, biała gwiazda – synonimy według Jose Mourinho najlepszego centralnego obrońcy na świecie. I chociaż tak o swoich pupilach wypowiadają się menedżerowie na godzien (w zeszłym tygodniu sir Alex Ferguson wyraził takaż opinie o Ronie Ferdynandzie) – Terry jest zdecydowanie piłkarzem wyjątkowym.
Nie chce tutaj rozpisywać się o bujnym życiorysie naszego kapitana, o jego procesie, drodze do chwalcy w Chelsea, czy życiu osobistym – zajmę się za to czymś wręcz mistycznym, niejasnym i dotąd rzadko kwestionowanym – jego niezwykłej umiejętności dowodzenia.
Gdyby się tak na dobra sprawę zastanowić to bycie kapitanem Niebieskich musi być koszmarnie trudnym zadaniem. W końcu nie dowodzi się tu byle jakimi kopaczami, tylko prawdziwa elita światowa. A gwiazdy maja to do siebie, ze niełatwo im zaimponować. Terry nieraz sam o tym wspominał (ostatnio w angielskim Men’s Health: „Bossem staje się dopiero, jak wychodzę na murawę – wtedy krzyczę i rządzę cala obrona – poza boiskiem, jestem cichym i spokojnym człowiekiem”), i stawiał sprawę jasno – bycie kapitanem wymaga nie tylko doświadczenia i umiejętności ale także szacunku.
I to na szacunku Terry buduje swoja niezwykła karierę. Jak sam twierdzi, nigdy nie lekce sobie wazy rywali, nigdy tez nie strofuje kolegów jeśli nie ma ku temu potrzeby. A wiedząc, jak wielkie ego ma nasz as, nie jest to na pewno łatwe. Chociaż, jak sam twierdzi, podczas jego kontuzji nierzadko wściekał się na dziurawa obronę Niebieskich.
I co nie dziwne, ten sam szacunek i respekt otrzymuje z powrotem. Najpopularniejszy (i szczerze, chyba najbardziej utalentowany) angielski napastnik Wayne Rooney pierwszy staje w kolejce by oddać cześć swojemu koledze ze reprezentacji. Steven Gerard, Sam Allardyce, William Gallas, Puyol – wszyscy oni należą do szczerych fanów i „kolegów” naszego kapitana. Tak wiec można dokonać rzeczy niezwykłej – osiągnąć sukces i absolutna dominacje i jednocześnie zjednac sobie rywali – to według mnie stanowi o potędze JT.
I tak na koniec – zadziwiające jest w dzisiejszej piłce nożnej jak wiele uwagi zwraca się na ofensywę (czołówki gazet okupują nazwiska takie jak Cristiano Ronaldo, Rooney, Henry, Drogba etc.) a tak naprawdę sukces wielkich klubów leży w ich obronie. Popatrzmy na kluby które ostatnio osiągają sukcesy. W Hiszpanii króluje Barcelona, Sewilla, Valencia i Barcelona – dzięki dużej zasłudze piłkarzy rangi Puyola, Sergio Ramosa, Zanettiego czy innych. We Włoszech fenomen Internazionale wytłumaczyć można głównie obecnością bezlitosnego Materazziego i jednego z najlepszych lewych obrońców Fabio Grossa. W Premiership nazwiska JT czy Ferdynanda nie wzbudzają żadnych złudzeń o sile defensywnej tych drużyn – ale także fenomenalnie grające Portsmouth zawdzięcza wiele Solowi Campbhellowi.
Może wiec dziennikarze powinni przestać skupiać się na wyczynach Ronaldo czy Ronaldinho a więcej uwagi poświęcać majstersztykowi Pablo (genialny mecz z Anglia w zeszłym tygodniu) czy dominującemu JT?