Takie określenie niezwykle dobrze pasuje do drużyny ze Stamford Brigde. Klub ten w niewielkim stopniu jest jeszcze „angielski”. Zawładnęli nim, zresztą z powodzeniem, zawodnicy z zagranicy, sprowadzeni przez dwóch „nietutejszych” – Mourinho i Abramowicza. Czyż nie ironia?
Na początków istnienia klubu, ba przez wiele lat jego „działalności”, koszulki z niebieskim trykotem nosili wyłącznie gracze Albionu. Dumni, twardo grający, nieustępliwi i wierni swojemu herbowi. Na przestrzeni lat ta sytuacja uległa diametralnym zmianom, czego dowodem może być obecny skład The Blues. Jedynie siedmiu Anglików w kadrze 25. osobowej to jakby nie patrzeć mało. Zmniejszając jeszcze tę „szczęśliwą liczbę” o czterech piłkarzy (Lenny Pidgeley, Glen Johnson, Carlton Cole, oraz powracającego po kontuzji Wayne’a Bridge’a ) z powodu braku miejsca w podstawowym składzie robi się dość zabawnie. Czy tak musi być albo czy tak powinno być?
Zarówno Pan Abramowicz, jak i Mourinho (kolejny paradoks ) widać, że są ewidentnymi zwolennikami „nowej krwi”, spoza zimnego i mglistego Londynu, a nawet całej Anglii. Pierwszy z nich spełnia jedynie „zachcianki” drugiego, bo tak z całą pewnością można to nazwać. Kiedy Portugalczykowi ktoś się spodoba, to prosi Czerwonego Romka o pieniądze i trach! Dostaje go, praktycznie bez żadnych zbędnych komentarzy. Nic w tym dziwnego patrząc na potencjał finansowy rosyjskiego oligarchy, jednakże nie o tym będę pisał…
Mourinho, wieczny krzykacz, sprowadził do klubu zawodników z takich krajów jak: Czechy (Petr Cech), Holandia ( Arjen Robben), Serbia i Czarnogóra ( Mateja Kezman), Wybrzeże Kości Słoniowej (Didier Drogba) oraz Ghana ( michael essien ). Dodając do tego swoich dwóch rodaków Paulo Ferreira oraz Ricardo Carvalho można zauważyć ciekawą prawidłowość. Praktycznie brak zakupów „dumnych synów Albionu” (oczywiście poza S-W-P). Być może szkoleniowiec The Blues nie uważa „Angoli” za dobrych piłkarzy i woli sprowadzić innych, praktycznie za te same pieniądze. Czy dobrze czy źle – pozostawiam Waszej opinii. Przecież każdy myśli inaczej, nieprawdaż?
Podążajmy dalej tropem obcokrajowców. Jakiej narodowości jest Szef Ośrodka Szkoleniowego (Bruce Buck), Międzynarodowy Wiceprezydent Klubu (H H Sheikh Ahmed Bin Saeed Al-Maktoum) czy Asystent poszukiwaczy talentów (Andre Villas Boas)? Tak, nie są to Anglicy. Czyżby na każdym kroku w zwycięzcy Premiership w sezonie 2004/05 byli „zagraniczni eksperci”?
Na zakończenie podam jeszcze jeden powód, dla którego Chelsea to „kolonia”. Parę lat temu, w spotkaniach ligowych można było zauważyć aż ZERO piłkarzy narodowości angielskiej z niebieskim trykotem. The Blues byli wtedy jednym z nielicznych zespołów z Wysp Brytyjskich, gdzie taka „praktyka” miała miejsce…
Przykładów na poparcie założenie z tytuły tego tekstu znajdzie się wiele i to nie tylko w Chelsea, lecz także w innych drużynach występujących w „lidze angielskiej”. Ciekawe czy w naszych niebieskich okularach wszystko było by tak ładne, gdyby oni zniknęli.. Mam nadzieje, iż nie trzeba by było czekać kolejnych 50. lat ( o zgrozo! ) na kolejnego „mistrza”.